Od razu do tekstu
Wszystkie wpisy
Menu
Osiedlowa uliczka na Krzykach z zaparkowanymi autami i wierzbą płaczącą, wiosenny poranek

Osiedla 5 min czytania

Sześć lat na Krzykach i co tu polubiliśmy

Sześć lat temu przyjechaliśmy z Opola z przyczepką kartonów i planem, że Krzyki to tylko przystanek. Zostaliśmy. Opowiadam, za co polubiłam tę część Wrocławia i czego nauczyła nas przez te lata.

Pisze Kasia

Kiedy sześć lat temu wnosiliśmy kartony na trzecie piętro na Borku, Paweł powiedział, że to na dwa lata, najwyżej trzy. Potem się zobaczy, może coś bliżej centrum, może jednak powrót do Opola. Kartony dawno poszły na makulaturę, a my dalej tu jesteśmy. W międzyczasie urodziła się nasza córka, Hania, i nagle okazało się, że Krzyki są dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy, tylko nikt nam tego wcześniej nie powiedział.

Tym tekstem zaczynamy nasz serwis. Będziemy tu pisać na zmianę, ja i Paweł, o tym, co mamy „za rogiem”: osiedla, wieczory, wydarzenia, wypady z dzieckiem na jeden dzień. Na początek chciałam opowiedzieć o miejscu, od którego wszystko się zaczęło.

Pierwsze wrażenie: za dużo tramwajów

Pamiętam pierwszy wieczór. Otworzyliśmy okno, a tu co kilka minut stukot tramwaju i dzwonek. W Opolu tramwajów nie ma, więc dla mnie to był hałas, dla Pawła muzyka. On od razu zaczął liczyć, co ile jeżdżą, i wyszło mu, że do centrum dojedziemy szybciej niż w Opolu dojeżdżaliśmy z jednego końca miasta na drugi.

Po tygodniu przestałam słyszeć tramwaje. Po miesiącu zaczęłam je lubić. Dziś, kiedy jedziemy do teściów, Hania pyta w nocy, czemu jest tak cicho.

Krzyki to rozległa dzielnica, z kamienicami, blokami z różnych dekad, willami i nowymi osiedlami na obrzeżach. Kiedy ktoś mówi „mieszkam na Krzykach”, to może znaczyć przedwojenną ulicę z cegły albo apartamentowiec na polu kukurydzy sprzed dziesięciu lat. My trafiliśmy pomiędzy: blok z lat siedemdziesiątych, kilka minut pieszo od Parku Południowego, z tramwajem na Powstańców Śląskich po jednej stronie i spokojnymi uliczkami po drugiej.

Park Południowy, czyli nasz salon

Jeśli miałabym wskazać jedno miejsce, które przywiązało mnie do tej dzielnicy, to byłby Park Południowy. Nie jest ogromny, nie ma w nim nic spektakularnego, a mimo to spędziliśmy tam pewnie więcej godzin niż we własnym salonie.

Jest staw z fontannami i tarasem, z którego Hania karmiła kaczki (wiem, wiem, chlebem nie wolno, przerzuciliśmy się na płatki owsiane). Jest plac zabaw w cieniu starych drzew, więc latem da się tam wytrzymać nawet w upale. Są długie aleje, na których uczyłam się jeździć z wózkiem po korzeniach, a potem Hania uczyła się tam jeździć na rowerku biegowym. Park ma już ponad sto lat i to czuć: drzewa są naprawdę stare, a ścieżki prowadzą trochę tak, jak im się podoba.

Rano park należy do biegaczy i właścicieli psów. Koło dziesiątej przychodzą mamy i tatusiowie z wózkami. Po południu robi się głośno, a wieczorem wracają pary na spacer. Po sześciu latach znam ten rytm na pamięć i trochę się w nim rozpoznaję.

Spokojna uliczka we Wrocławiu
Spokojna uliczka we Wrocławiu

Mała skala: piekarnia, warzywniak, kawa na rogu

Czego nie miałam w Opolu, a mam tutaj? Wszystko w promieniu dziesięciu minut pieszo. Piekarnia, w której pani wie, że bierzemy „ten ciemny, krojony”. Warzywniak z owocami, które nie zawsze są ładne, ale zawsze są dojrzałe. Mała kawiarnia na rogu, gdzie w soboty siadamy we trójkę na jednym parapecie.

Nie podaję nazw i adresów, bo takie miejsca się zmieniają, a poza tym każdy na Krzykach ma swoje. Chcę raczej powiedzieć, że ta dzielnica pozwala żyć „na piechotę”. Samochód stoi pod blokiem cały tydzień, a w weekend wyjeżdża najwyżej w góry albo do dziadków.

Dla mnie, jako nauczycielki, to ma jeszcze jeden plus. Kiedy wracam po lekcjach zmęczona gadaniem, lubię przejść się przez osiedle bez słuchawek. Słychać dzieci na podwórkach, ktoś trzepie dywan, ktoś woła psa. To mnie uspokaja lepiej niż jakakolwiek aplikacja do medytacji.

Partynice i konie za płotem

Z rzeczy, których się nie spodziewaliśmy: we Wrocławiu, w obrębie miasta, jest tor wyścigów konnych. Partynice leżą na południowym skraju Krzyków i przez pierwsze miesiące w ogóle nie wiedzieliśmy, że istnieją. Dopiero sąsiadka powiedziała nam, że w sezonie odbywają się tam gonitwy i że warto pójść chociaż raz.

Poszliśmy. Paweł, który zwykle wszystko liczy, tym razem po prostu stał przy barierce i patrzył. Hania była wtedy za mała, żeby coś zapamiętać, ale my wracamy tam od czasu do czasu. Nawet bez gonitw okolica jest dobra na długi spacer, bo robi się tam przestrzennie, prawie wiejsko.

Czego się nauczyliśmy przez sześć lat

Zanim się przeprowadziliśmy, czytałam fora o dzielnicach Wrocławia i niewiele z tego wynikało. Dlatego spróbuję zebrać kilka rzeczy, które powiedziałabym sobie sprzed sześciu lat.

Sprawdź dojazd o ósmej rano, a nie w niedzielę. Oglądaliśmy mieszkanie w niedzielne popołudnie i wszystko wydawało się blisko. W poniedziałek o ósmej Powstańców Śląskich wygląda inaczej. Tramwajem to nie problem, autem potrafi być nerwowo.

Szukaj parku, nie galerii handlowej. Galerie są wszędzie, a do dobrego parku chce się chodzić codziennie. Dla rodzin z małymi dziećmi to naprawdę zmienia jakość dnia.

Pytaj sąsiadów, a nie internet. Najlepsze informacje o przedszkolach, lekarzach i fachowcach dostałam na klatce schodowej i na ławce przy placu zabaw.

Daj sobie rok. Pierwsza zima w nowym mieście jest zawsze najtrudniejsza. Nie znasz nikogo, nie wiesz, gdzie iść w deszczowy dzień. Po roku miałam już swoje miejsca i swoich ludzi.

Co nam przeszkadza

Nie chcę pisać laurki, więc uczciwie: nowe osiedla na obrzeżach Krzyków rosną szybciej niż drogi, szkoły i przychodnie. Kiedy jedziemy w stronę Ołtaszyna czy Wojszyc w godzinach szczytu, widać, że infrastruktura nie nadąża. Miejsc parkingowych przy starszych blokach też jest za mało, a każda nowa rodzina z dwoma autami tylko to pogarsza.

Brakuje mi też czasem tego, co miałam w Opolu: znajomych twarzy w sklepie, rodziny pięć minut drogi od domu. Do dziadków jedziemy godzinę autostradą, więc niby blisko, ale na spontaniczne „wpadnij na obiad” za daleko.

Dlaczego zostaliśmy

Kiedyś Paweł zapytał mnie wprost: gdybyśmy mogli przenieść się teraz gdziekolwiek we Wrocławiu, dokąd? Myślałam nad tym dłużej, niż się spodziewał. I wyszło mi, że nigdzie. Nie dlatego, że Krzyki są najpiękniejsze, bo nie są. Tylko dlatego, że są nasze. Wiem, gdzie Hania lubi skręcić na spacerze, na której ławce zdejmuje buty, w którym miejscu parku zaczyna się „las”.

Tym właśnie chcemy się tu dzielić. Nie przewodnikiem po zabytkach, bo takich jest pełno, tylko Wrocławiem widzianym z osiedla. Tym, co jest za rogiem i co łatwo przegapić, kiedy człowiek goni od pracy do przedszkola i z powrotem.

W następnym wpisie Paweł zabierze was nad Odrę, na kwietniowy wieczór, kiedy jeszcze nie wszystkie ogródki są otwarte. A ja idę do parku. Hania już stoi w butach.

Pisze Kasia

Kasia uczy angielskiego w szkole podstawowej i patrzy na miasto przez ludzi: kto siedzi na ławce, kto zna dzieci po imieniu, gdzie da się zjeść kolację bez rezerwacji. Pisze o wieczorach, osiedlu i dniach z Hanią.

Więcej o Kasi

Więcej z kategorii Osiedla

Cała kategoria