Festyn na osiedlu od kuchni: kto stawia dach, kto płaci, kto sprząta
Od trzech lat pomagam przy festynie na naszym osiedlu. Z zewnątrz to dmuchańce, kiełbaski i muzyka. Od środka: tabelki, telefony, prognoza pogody sprawdzana co godzinę i pytanie, kto o 22:00 zbierze ostatnie kubki. Teraz, kiedy tegoroczny festyn mamy już za sobą, opowiadam, jak to wygląda.
Pisze Kasia
Trzy lata temu na zebraniu mieszkańców w naszej spółdzielni ktoś zapytał, czy nie zrobilibyśmy czegoś na koniec lata, dla dzieci i sąsiadów. Podniosłam rękę, bo myślałam, że chodzi o upieczenie ciasta. Okazało się, że chodziło o współorganizację festynu. Od tamtej pory co roku w lipcu mój telefon dzwoni częściej niż w tygodniu wywiadówek. Tegoroczny festyn mamy za sobą, arkusz z rozliczeniem właśnie się zamknął, więc mogę wreszcie spokojnie to spisać.
Festyn na naszym osiedlu na Krzykach to nie jest wielka impreza. Kilkaset osób w ciągu dnia, trawnik między blokami, scena z palet, dmuchany zamek i stoiska. Ale żeby to wszystko stało o czternastej w sobotę, kilkanaście osób pracuje przez kilka tygodni. Chcę opowiedzieć, jak to wygląda od kuchni, bo wiem, że na wielu osiedlach ktoś właśnie myśli: „może by tak zrobić coś u nas?”.
Kto to organizuje
U nas festyn to wspólne dzieło kilku stron. Rada osiedla daje część pieniędzy i załatwia sprawy z miastem. Spółdzielnia udostępnia teren i prąd. Klubik malucha i szkoła na osiedlu zapewniają ludzi i pomysły na zabawy dla dzieci. Do tego lokalne firmy: piekarnia, warzywniak, kilka punktów usługowych, które dokładają się rzeczowo albo drobną kwotą.
Najważniejsza jednak jest grupa sąsiadów, którzy biorą na siebie konkretną działkę. Ktoś odpowiada za scenę i nagłośnienie, ktoś za jedzenie, ktoś za zabawy, ktoś za bezpieczeństwo. Ja od trzech lat odpowiadam za „koordynację”, co w praktyce znaczy, że wszyscy dzwonią do mnie, kiedy nie wiedzą, do kogo zadzwonić.
Kto płaci
Budżet festynu na osiedlu jest skromny i każda złotówka ma przypisane zadanie. Największe pozycje to zwykle:
- Atrakcje dla dzieci. Dmuchany zamek, animatorzy, malowanie twarzy.
- Scena i nagłośnienie. Nawet najprostsze, jeśli ma być słychać występy dzieci ze szkoły.
- Zadaszenie. O tym za chwilę, bo to temat, który nauczył nas najwięcej.
- Jedzenie. Tu często wychodzimy na zero, bo część sprzedajemy, a zysk idzie na kolejny rok.
- Sprzątanie i wywóz śmieci. Pozycja, o której wszyscy zapominają przy planowaniu i przypominają sobie o dwudziestej drugiej.
Pieniądze składają się z kilku źródeł: środki rady osiedla, wkład spółdzielni, drobne wsparcie lokalnych firm i zbiórka wśród mieszkańców. Wszystko spisane w arkuszu, który Paweł zrobił mi w pierwszym roku i który z każdym rokiem ma więcej zakładek.
Formalności
Nie będę udawać prawniczki, ale kilka rzeczy nauczyłam się w praktyce. Festyn na osiedlowym trawniku, na kilkaset osób w ciągu dnia, jest daleko poniżej progów, od których zaczynają się wymogi dla imprez masowych. Nie znaczy to jednak, że można nic nie zgłaszać. Potrzebna jest zgoda zarządcy terenu, zgłoszenie do rady osiedla i poinformowanie mieszkańców, że w sobotę będzie głośniej. Jeśli sprzedajecie jedzenie, dochodzą kwestie sanitarne. Warto zapytać w urzędzie, co w danym przypadku jest potrzebne, zanim wydrukujecie plakaty.
Pierwszy festyn i ulewa o piętnastej
Nasz pierwszy festyn pamiętam dokładnie. Była piękna pogoda do piętnastej. O piętnastej przyszła ulewa, taka lipcowa, gwałtowna, z wiatrem. Mieliśmy trzy ogrodowe namioty z marketu i parasole. Jeden namiot wiatr złożył jak kartkę, drugi zalał stół z ciastami. Ludzie uciekli do klatek schodowych, dzieci płakały, a nagłośnienie przykryliśmy folią malarską.
Festyn przetrwał, bo deszcz po czterdziestu minutach przeszedł. Ale wtedy na zebraniu podsumowującym ustaliliśmy jedną rzecz: następnym razem zadaszenie musi być prawdziwe.

Hala, która wytrzyma
W drugim roku zaczęliśmy szukać firm, które wynajmują duże konstrukcje na imprezy. Paweł, jak zawsze, zrobił tabelę: wymiary, sposób montażu, czy trzeba wbijać coś w trawnik, czy da się podwiesić oświetlenie, kto montuje i demontuje, cena.
Pierwsza lekcja: namiot ogrodowy i hala namiotowa to dwie różne rzeczy. Namiot z marketu ma cienkie rurki i plandekę, którą wiatr traktuje jak żagiel. Hala ma sztywny, aluminiowy szkielet, ściany z paneli albo plandeki, czasem z oknami i normalnymi drzwiami, i stoi tak samo pewnie w deszczu jak w słońcu. Na osiedlowym trawniku wygląda trochę jak budynek, który ktoś postawił na jeden weekend.
Wśród firm, które sprawdzaliśmy, była wrocławska Ekodynamic. Rozmowa z nimi była o tyle łatwa, że to nie pośrednik: ich produkcja hal namiotowych obejmuje także systemy podłogowe, a hale sprzedają i wynajmują. Hale eventowe mają u nich szerokość od pięciu do trzydziestu metrów i dwuspadowy dach, pod którym da się zawiesić oświetlenie, a przy chłodniejszej imprezie postawić nagrzewnice.
Dla spółdzielni najważniejsze było jedno pytanie: co z trawnikiem. Są dwie drogi. Halę można zakotwić szpilami wbijanymi w grunt, nawet do dziewięćdziesięciu centymetrów, albo postawić na podłodze ze stalowych ram i wodoodpornej sklejki, która nie wymaga kotwienia. Ten drugi wariant zamknął dyskusję na zebraniu szybciej niż jakikolwiek mój argument.

Nasz festyn to oczywiście skala dużo mniejsza niż targi czy koncerty, dla których takie hale stawia się najczęściej. Ale zapytanie o wycenę kosztowało nas jeden telefon, a rozmowa pomogła nam policzyć, ile metrów naprawdę potrzebujemy. Wyszło mniej, niż myśleliśmy, bo pod dachem nie muszą się zmieścić wszyscy naraz. Wystarczy, żeby zmieściły się stoły z jedzeniem, scena i miejsce, gdzie w razie ulewy schowają się dzieci z rodzicami.
Ta sama rozmowa przydała się zresztą komuś jeszcze. Wiosną zadzwoniła do mnie koleżanka z roku, która uczy w szkole w Łodzi i dostała do zorganizowania szkolny piknik. Pytała, od czego zacząć z zadaszeniem. Ekodynamic stawia swoje konstrukcje w całym kraju, więc wysłałam jej stronę, na której opisują pracę w jej regionie: hale namiotowe Łódź, z tym samym montażem bez fundamentów. Odpisała, że pierwszy raz od tygodnia przestała sprawdzać prognozę na czerwiec.
Od tamtej pory i my nie boimy się prognoz. W zeszłym roku padało przez godzinę w środku festynu. Nikt nie wyszedł. Dzieci biegały pod dachem, a zespół ze szkoły muzycznej grał dalej. Najlepsza reklama, jaką mógł dostać nasz festyn.
Kto sprząta
Najmniej widowiskowa, a najważniejsza część. Sprzątanie zaczyna się, zanim festyn się skończy. Mamy trzy zasady:
- Worki i kosze co dwadzieścia metrów. Ludzie nie wyrzucają śmieci na trawę złośliwie. Wyrzucają, bo nie ma kosza w zasięgu wzroku.
- Segregacja od początku. Osobne worki na plastik, papier i resztę. Po festynie nikt nie ma siły przebierać.
- Dyżur sprzątający. Każdy wolontariusz ma pół godziny sprzątania w grafiku. Dzięki temu na końcu nie zostaje pięć osób, które zbierają wszystko do północy.
Po festynie spółdzielnia odbiera worki, a ekipa od zadaszenia rozbiera konstrukcję. W niedzielę rano trawnik wygląda prawie jak zwykle. Prawie, bo zawsze znajdzie się jeden balon zaplątany w krzaki.
Czy warto
Pytam się o to co roku, w piątek wieczorem przed festynem, kiedy siedzę z telefonem w ręce i sprawdzam, czy ktoś potwierdził dmuchany zamek. I co roku w sobotę o siedemnastej, kiedy patrzę na dzieci tańczące przed sceną z palet i sąsiadów, którzy się poznają przy stole z ciastami, wiem, że tak.
Mieszkamy na Krzykach sześć lat. Połowę osób, które dziś znamy na osiedlu, poznaliśmy właśnie przy festynie. O tym, jak wygląda nasza codzienność w tej dzielnicy, pisałam w pierwszym tekście o tym, co polubiliśmy na Krzykach. Festyn to jedna z tych rzeczy, które zrobiły z bloku z lat siedemdziesiątych nasz dom.
Jeśli myślicie o czymś podobnym u siebie, zacznijcie od małego: jedno zebranie, trzy osoby, jeden trawnik. I od razu pomyślcie o dachu nad głową. Pogoda w lipcu zawsze ma własne plany.