Nadodrze na spacer: podwórka, pracownie i kawa
Nadodrze to dzielnica, do której z Krzyków jedzie się pół godziny, a czuje się jak w innym mieście. Trzy kilometry spaceru, kolorowe podwórka przy Roosevelta, pracownie w parterach kamienic i kawa na koniec. Moja trasa.
Pisze Paweł
Mieszkamy na południu miasta, a Nadodrze leży na północ od Odry. Z naszego bloku to dokładnie przez całe centrum. Przez pierwsze dwa lata byłem tam może trzy razy, zawsze przejazdem, zawsze w drodze gdzie indziej. Kasia wyciągnęła mnie tam na spacer w ramach „poznawania dzielnic, w których nie mieszkamy”, i teraz sam jeżdżę tam co kilka miesięcy.
Nadodrze to stare kamienice, podwórka-studnie, dużo historii i jeszcze więcej zmian. Kiedyś miało opinię miejsca, gdzie po zmroku lepiej się nie zapuszczać. Od kilkunastu lat jest rewitalizowane: odnowione elewacje, pracownie rzemieślników w parterach, galerie, kawiarnie. Nie wszędzie i nie równo. I właśnie ta nierówność jest ciekawa.
Jak dojechać i ile to zajmuje
Z Krzyków dojeżdżamy tramwajem, z jedną przesiadką, w około trzydzieści, trzydzieści pięć minut. Wysiadamy w okolicy ulicy Jedności Narodowej, która jest osią dzielnicy. Autem nie polecam, bo w wąskich ulicach Nadodrza miejsc parkingowych jest mało, a stanie na zakazie to w tej okolicy prosta droga do mandatu.
Moja trasa ma około trzech kilometrów. We dwoje przechodzimy ją w godzinę, z Hanią w dwie, z przerwą na kawę i plac zabaw w dwie i pół. Zakładam, że idziecie w sobotę przed południem, bo wtedy pracownie są otwarte, a ulice nie są jeszcze zatłoczone.
Punkt pierwszy: kolorowe podwórka przy Roosevelta
Zaczynamy od najbardziej znanego miejsca dzielnicy. Wejście jest od ulicy Roosevelta, przez bramę pod numerem 5A. Za nią otwiera się podwórko, na którym ściany kamienic pokryte są malowidłami, a elementy ceramiczne i mozaiki zrobili sami mieszkańcy. Projekt ruszył w 2014 roku z inicjatywy lokalnych artystów, a kolejne części powstawały przez następne lata.
Liczby, bo inaczej nie umiem: pierwsza część to ponad tysiąc metrów kwadratowych malowanych ścian. Na drugim podwórku są koty, psy i portrety mieszkańców. Hania ustaliła, że najładniejszy jest pomarańczowy kot. Nie mamy powodu, żeby się z nią kłócić.
Jedna ważna rzecz: to są podwórka, na których ludzie mieszkają. Suszy się pranie, dzieci jeżdżą na rowerach, ktoś wynosi śmieci. Mówimy ciszej, nie zaglądamy w okna, nie siadamy na cudzych ławkach z kanapkami. Mieszkańcy są przyzwyczajeni do turystów, ale to ich dom, nie skansen.
Punkt drugi: Jedności Narodowej i boczne ulice
Z podwórek wracamy na Jedności Narodowej i idziemy powoli w stronę Dworca Nadodrze. Warto patrzeć w górę. Na tych ulicach zachowało się sporo przedwojennych kamienic z ozdobnymi elewacjami, balkonami, wykuszami. Część jest pięknie odnowiona, część czeka na swoją kolej, z odpadającym tynkiem i starymi reklamami na murach.
W bocznych uliczkach, na ulicy Łokietka i w okolicy, parter wielu kamienic zajmują pracownie. Są tu ludzie od ceramiki, od renowacji mebli, od szycia, od biżuterii, od oprawy książek. Nazw nie podaję celowo, bo pracownie na Nadodrzu zmieniają się, przeprowadzają, otwierają w nowych miejscach. Lepiej iść bez listy i zaglądać tam, gdzie świeci się w witrynie.
Zasada, której się trzymamy: jeśli wchodzimy, to z zainteresowaniem, a nie tylko po to, żeby zrobić zdjęcie. W większości pracowni ktoś chętnie opowie, co robi. Raz spędziłem dwadzieścia minut, słuchając o renowacji krzesła z lat pięćdziesiątych. Kasia i Hania w tym czasie poszły na lody.

Punkt trzeci: Dworzec Nadodrze
Dworzec Wrocław Nadodrze to jeden z tych budynków, które warto zobaczyć, nawet jeśli nigdzie nie jedziecie. Ceglany, z wieżą, po remoncie. Stoi trochę na uboczu głównych tras, więc większość wrocławian zna go tylko z okien pociągu.
Dla Hani dworzec jest punktem obowiązkowym, bo „tu są pociągi”. Stajemy na chwilę przy peronach, liczymy wagony i idziemy dalej. Mnie z kolei zawsze ciekawi, jak w takich starych budynkach rozwiązano dostęp dla wózków i rowerów. Na Nadodrzu da się, choć nie wszędzie bez kombinowania.
Punkt czwarty: kawa i przerwa
Na koniec kawa. Na Nadodrzu kawiarni jest sporo, od małych miejsc z trzema stolikami po lokale z ogródkiem. Znowu: nie wskazuję jednej, bo nie chcę, żeby ktoś jechał przez pół miasta do lokalu, który akurat zmienił właściciela. Rozejrzyjcie się przy Jedności Narodowej i w bocznych ulicach, szczególnie tam, gdzie widać odnowione parterowe lokale.
Z dzieckiem polecam szukać miejsca z ogródkiem albo chociaż dużym oknem. Wnętrza w starych kamienicach bywają ciasne, a wózek w wąskim przejściu między stolikami to przepis na stres dla wszystkich.
Czego się spodziewać, a czego nie
Nadodrze nie jest wygładzone. Obok świeżo odnowionej kamienicy stoi taka, na której od lat nikt nic nie robił. Obok pracowni z ceramiką jest lombard. To wciąż zwykła dzielnica, w której mieszkają ludzie o bardzo różnych historiach, a nie scenografia dla odwiedzających.
Dla mnie to plus. Na Krzykach, gdzie mieszkamy, większość rzeczy jest przewidywalna. Nadodrze przypomina, że Wrocław to też miasto kamienic, które przetrwały wojnę, powódź i kilka dekad zaniedbania. O tym, jak wygląda nasza okolica, pisała Kasia w tekście o tym, co polubiliśmy po sześciu latach na Krzykach. Nadodrze to zupełnie inny rytm.
Trasa w pigułce
Dla tych, którzy wolą mieć rozpiskę:
- Tramwaj do przystanku przy Jedności Narodowej.
- Ulica Roosevelta, brama pod 5A, kolorowe podwórka. 20-30 minut.
- Powrót na Jedności Narodowej, spacer w stronę dworca, boczne ulice z pracowniami. 40-60 minut, zależnie od tego, ile razy wejdziecie do środka.
- Dworzec Nadodrze. 10 minut.
- Kawa i przerwa. Tyle, ile trzeba.
- Powrót tramwajem.
Kilka praktycznych uwag. Na podwórkach nawierzchnia bywa nierówna, bruk i kocie łby, więc wózek z dużymi kołami będzie lepszy niż spacerówka-parasolka. Toalety najłatwiej znaleźć w kawiarniach. W upalny dzień w wąskich ulicach jest więcej cienia niż w centrum, co akurat na Nadodrzu działa na korzyść.
Po trzech kilometrach Hania zasnęła w wózku w tramwaju, gdzieś na moście nad Odrą. Kasia powiedziała, że to znak, że spacer był dobry. Ja zapisałem w telefonie godzinę wyjścia i powrotu. Wyszło cztery godziny i dwanaście minut. Na następny raz mam już plan na krótszą wersję.