Od razu do tekstu
Wszystkie wpisy
Menu
Para przy stoliku w restauracji wieczorem, widok zza szyby

Na wieczór 5 min czytania

Kolacja we dwoje bez rezerwacji tydzień wcześniej, czyli nasza metoda

Z małym dzieckiem wolny wieczór pojawia się nagle: babcia przyjeżdża, sąsiadka może zostać, Hania zasypia wcześniej. I wtedy okazuje się, że wszystkie fajne miejsca są zarezerwowane. Po kilku porażkach wypracowaliśmy sposób.

Pisze Kasia

Zanim urodziła się Hania, rezerwowaliśmy stolik na tydzień przed, wybieraliśmy miejsce po recenzjach i zakładaliśmy, że kolacja jest wtedy, kiedy my chcemy. Potem przyszło rodzicielstwo i zmieniło wszystko, łącznie z logiką wolnych wieczorów.

Dziś wolny wieczór wygląda tak: w czwartek o szesnastej dzwoni teściowa, że w piątek i tak jedzie do Wrocławia, to może zostać z Hanią. Albo sąsiadka z góry, która ma nastoletnią córkę, pyta, czy nie potrzebujemy opiekunki w sobotę. Mamy wtedy dzień, czasem kilka godzin wyprzedzenia. A w lubianych miejscach wolne stoliki na piątek o dziewiętnastej zniknęły zwykle kilka dni wcześniej.

Po serii wieczorów, które kończyły się pizzą na wynos zjedzoną na kanapie (też miło, ale nie o to chodziło), usiedliśmy i opracowaliśmy metodę. Paweł chciał ją rozpisać w arkuszu. Wybiłam mu to z głowy. Zostało w punktach.

Zasada pierwsza: przesuń godzinę

Wszyscy chcą zjeść o dziewiętnastej albo o wpół do ósmej. To godzina, w której stolików brakuje najbardziej. Wystarczy przesunąć się o godzinę w którąkolwiek stronę i sytuacja zmienia się zaskakująco mocno.

Wcześnie, o wpół do szóstej. Kuchnia już działa, sala jest w połowie pusta, obsługa ma czas porozmawiać. Minus: wychodzicie o siódmej i wieczór jeszcze trwa. My wtedy idziemy na spacer nad rzekę albo do kina.

Późno, po dwudziestej pierwszej. Pierwsza tura gości wychodzi, stoliki się zwalniają. Minus: niektóre kuchnie zamykają się wcześniej, niż się wydaje, więc przed wyjściem sprawdzam, do której przyjmują zamówienia.

Nasz ulubiony wariant to wcześnie. Po całym dniu z trzylatkiem o dziewiątej wieczorem jesteśmy już raczej na etapie herbaty niż wina.

Zasada druga: dzień tygodnia ma znaczenie

Jeśli wolny wieczór pojawia się w środku tygodnia, bierzemy go bez wahania. Wtorek i środa to dni, w których nawet popularne miejsca mają wolne stoliki na ten sam dzień. W piątek i sobotę szanse maleją, ale nie znikają, jeśli zastosujecie pozostałe zasady.

Niedziela wieczorem to z kolei ciekawy dzień. Część lokali jest wtedy zamknięta albo kończy wcześniej, ale te otwarte bywają puste. Raz zjedliśmy kolację w niedzielę o osiemnastej w miejscu, do którego w piątek nie dało się dodzwonić.

Zasada trzecia: bar zamiast stolika

To moja ulubiona sztuczka, podpatrzona zresztą w czasie wyjazdu z uczniami do Londynu. W wielu restauracjach i bistrach jest kilka miejsc przy barze albo przy wysokim blacie pod oknem. Często nie są w ogóle rezerwowane, przeznacza się je dla gości z ulicy.

Dla dwojga to idealne rozwiązanie. Siedzicie obok siebie, a nie naprzeciwko, widzicie kuchnię albo barmana przy pracy, a rozmowa toczy się jakoś lżej. Pierwszy raz Paweł był sceptyczny. Po kolacji przyznał, że było lepiej niż przy stoliku, bo „nie musiał patrzeć na mnie zmęczonym wzrokiem przez dwie godziny”. Uznałam to za komplement.

Zasada czwarta: zadzwoń, zamiast klikać

Systemy rezerwacji online pokazują zwykle tylko część stolików. Restauracje często trzymają kilka na telefon albo dla stałych gości. Kiedy w aplikacji wszystko jest zajęte, dzwonię. I mniej więcej w co drugim przypadku słyszę: „na wpół do szóstej coś się znajdzie” albo „proszę przyjść, przy barze będzie miejsce”.

Druga rzecz: odwołania. W dniu kolacji, zwłaszcza po południu, ludzie odwołują rezerwacje. Jeśli zadzwonicie koło piętnastej, szansa na wolny stolik jest większa niż rano. Niektóre miejsca prowadzą też listę rezerwową i oddzwaniają, gdy coś się zwolni.

Dwa kieliszki wina na stoliku w małym bistro
Dwa kieliszki wina na stoliku w małym bistro

Zasada piąta: wyjdź poza Rynek

Okolice Rynku są najbardziej oblegane, szczególnie w weekendy, kiedy do centrum przyjeżdżają turyści. Tymczasem Wrocław ma dzielnice, w których jedzenie jest równie dobre, a o stolik łatwiej.

Nie będę podawać nazw, bo lokale zmieniają się szybciej, niż zdążymy o nich napisać, a nie chcę nikogo wysyłać pod zamknięte drzwi. Wskażę raczej kierunki. Nadodrze ma sporo małych miejsc w parterach kamienic, o spacerze po nim pisał Paweł w tekście o podwórkach i pracowniach Nadodrza. Okolice Placu Grunwaldzkiego, bliżej uczelni, żyją innym rytmem niż centrum. I nasze Krzyki, gdzie przy głównych ulicach i w bocznych uliczkach otwiera się coraz więcej bistr, w których stałymi gośćmi są mieszkańcy, a nie turyści.

Bonus lokalny: jeśli kolacja jest blisko domu, nie tracicie godziny na dojazd. A przy opiekunce płaconej za godzinę to też ma znaczenie.

Zasada szósta: plan B zawsze w kieszeni

Zanim wyjdziemy z domu, mamy przygotowane trzy opcje. Pierwszą, na którą liczymy. Drugą, w pobliżu tej pierwszej, na wypadek, gdyby nie wyszło. I trzecią, która zawsze działa: coś prostego, bez rezerwacji z definicji, gdzie można zjeść przy wspólnym stole.

Plan B to akurat pomysł Pawła. Muszę przyznać, że od kiedy mamy plan B, żaden wolny wieczór nie skończył się na kanapie z pudełkiem po pizzy.

A co z samym wieczorem?

Metoda metodą, ale chodzi przecież o to, żeby pobyć razem. Kilka rzeczy, które nauczyliśmy się przez te lata:

  • Nie rozmawiamy o Hani przez pierwsze pół godziny. Oczywiście i tak rozmawiamy, ale przynajmniej się staramy.
  • Telefony w kieszeni. Z wyjątkiem jednego, na wypadek, gdyby dzwoniła babcia.
  • Spacer po kolacji. Nawet dwadzieścia minut. Po jedzeniu łatwiej się rozmawia, idąc obok siebie, niż siedząc przy stole.
  • Bez presji na „idealny wieczór”. Jeśli jedzenie było przeciętne, ale śmialiśmy się przez dwie godziny, to był dobry wieczór.

Jedna historia na koniec

Ostatnia taka kolacja zdarzyła się w zeszły wtorek. Moja mama przyjechała na dwa dni, o piątej po południu powiedziała „idźcie gdzieś”. O wpół do szóstej zadzwoniłam do bistra na Krzykach, do którego od dawna chcieliśmy pójść. Stoliki zajęte, ale przy barze dwa miejsca wolne. O szóstej siedzieliśmy przy blacie, patrząc, jak kucharz kroi zioła. O siódmej trzydzieści szliśmy przez Park Południowy, trzymając się za ręce jak sześć lat temu, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, gdzie w tym mieście jest cokolwiek.

Wróciliśmy o ósmej. Hania już spała. Mama zapytała, czemu tak wcześnie. Nie umiałam wytłumaczyć, że to był idealny wieczór właśnie dlatego, że nic nie musieliśmy.

Pisze Kasia

Kasia uczy angielskiego w szkole podstawowej i patrzy na miasto przez ludzi: kto siedzi na ławce, kto zna dzieci po imieniu, gdzie da się zjeść kolację bez rezerwacji. Pisze o wieczorach, osiedlu i dniach z Hanią.

Więcej o Kasi

Więcej z kategorii Na wieczór

Cała kategoria