Ciemno o wpół do piątej. Wieczorny spacer przez Rynek i Plac Solny
Od ostatniej niedzieli października mój kalendarz zachodów wygląda smutno: słońce znika koło szesnastej piętnaście. Zamiast narzekać, rozpisałem krótki wieczorny spacer na dni, kiedy odbieram Hanię. Rynek w pierwszych światłach, kwiaty na Placu Solnym i tramwaj na Borek przed kąpielą.
Pisze Paweł
W ostatnią niedzielę października przestawiliśmy zegarki i w poniedziałek, kiedy wyjeżdżałem z pracy, było już szaro. Odebrałem Hanię z przedszkola i zanim dojechaliśmy pod blok, zapaliły się latarnie. Hania zapytała, czy już jest noc i czy idziemy spać. Była szesnasta czterdzieści.
Mam w telefonie arkusz, który Kasia nazywa kalendarzem zachodów. Pisałem o nim wiosną, przy wieczorach nad Odrą, kiedy liczyłem, ile kwietniowych wieczorów nadaje się do siedzenia na schodach przy wodzie. Na początku listopada liczby są bezlitosne: zachód słońca we Wrocławiu wypada w okolicach szesnastej piętnaście, a pół godziny później jest ciemno. Do wiosny będzie tylko gorzej, z najkrótszym dniem w grudniu.
Przez kilka pierwszych zim po przeprowadzce traktowałem to jako stratę. W tym roku postanowiłem, że ciemność po pracy to nie powód, żeby zamykać się w mieszkaniu. To po prostu inna pora dnia. I ma swoje miejsca.
Plan: godzina w centrum
W dni, kiedy odbieram Hanię, mamy między przedszkolem a kąpielą mniej więcej trzy godziny. Hania zasypia koło wpół do ósmej, kolacja jest o osiemnastej trzydzieści. Na spacer zostaje około godziny, plus dojazd. To wystarczy, żeby zobaczyć centrum w pierwszych światłach, i nie wystarczy, żeby trzylatka zdążyła się zmęczyć do łez.
Auto zostawiam pod blokiem. Z Borku do centrum jedzie się tramwajem z Powstańców Śląskich, kilkanaście minut. Hania lubi tramwaj wieczorem, bo w szybach odbija się wnętrze i widzi siebie w kurtce z odblaskami. Kasia, jeśli kończy lekcje w centrum, dołącza do nas na przystanku.
Rynek, kiedy zapalają się okna
Wysiadamy kilka minut pieszo od Rynku i idziemy na płytę. Najlepszy moment to kwadrans po zachodzie słońca. Niebo nad ratuszem jest jeszcze granatowe, a nie czarne, w kamienicach zapalają się pierwsze okna, ogródki restauracji są już zwinięte i na płycie jest dużo miejsca. W październiku i listopadzie, zanim ruszy jarmark świąteczny, Rynek wieczorem należy do mieszkańców, którzy przechodzą tędy z pracy, i do kilku wycieczek z przewodnikiem.
Hania ma tu swój stały program. Najpierw obchodzimy ratusz dookoła, bo z każdej strony wygląda inaczej. Potem szukamy krasnali, które zna z majówki, i sprawdzamy, czy „nie zmarzły”. Po zmroku trudniej je znaleźć, więc Hania świeci na nie latarką w telefonie. Ja liczę kroki, Kasia mówi, że to choroba zawodowa.
Kamienice na Rynku po zmroku pokazują to, czego w dzień nie widać: sztukaterie podświetlone od dołu, wnętrza z żyrandolami na pierwszych piętrach, czasem ktoś przy biurku nad kawiarnią. Lubię wtedy stanąć pod pręgierzem i po prostu popatrzeć do góry. Hania patrzy razem ze mną, choć głównie dlatego, że ja patrzę.

Plac Solny i kwiaty o każdej porze
Z Rynku na Plac Solny są dwa kroki, za rogiem. Plac Solny we Wrocławiu ma jedną rzecz, której nie spotkałem w żadnym innym polskim mieście w takiej skali: kwiaciarnie czynne całą dobę. Stoiska stoją rzędem, pod daszkami, w świetle lamp, a wiadra z kwiatami wystawione są aż na płytę placu. W listopadzie są tam chryzantemy, wrzosy, gałązki z jagodami, pierwsze stroiki.
Dla Hani to najważniejszy punkt spaceru. Każdy wieczór kończy się tak samo: wybiera jeden kwiat. Jeden, nie bukiet, to nasza umowa od pierwszego razu. Zawsze dla mamy, chyba że mama jest z nami, wtedy dla babci w Opolu, a kwiat jedzie z nami tramwajem w ręku i do niedzieli stoi w szklance na parapecie. Pani w jednym ze stoisk już nas poznaje i trzyma dla Hani najmniejsze gerbery.
Wokół placu stoją ładne kamienice, z jednej strony z widokiem na wieżę ratusza. Wieczorem, kiedy kwiaty są oświetlone, a plac pusty, to jest jedno z tych miejsc we Wrocławiu, gdzie mam poczucie, że miasto jest na chwilę tylko nasze.
Trasa i czas
Żeby było konkretnie, tak wygląda nasza listopadowa trasa:
- Tramwaj z Borku do centrum, wysiadka kilka minut od Rynku. Kilkanaście minut.
- Rynek dookoła ratusza, z przerwą na krasnale. Około dwudziestu pięciu minut.
- Plac Solny, wybór kwiatu. Dziesięć minut, czasem piętnaście, bo decyzje zajmują czas.
- Powrót tą samą drogą na przystanek i tramwajem na Borek. Kilkanaście minut.
Razem z dojazdem wychodzi godzina dwadzieścia, może półtorej. Wychodzimy z domu o siedemnastej, wracamy przed osiemnastą trzydzieści. Wtedy kolacja, kąpiel, książka i o wpół do ósmej Hania śpi. Jeśli spacer się przeciągnie, kąpiel jest krótsza. Jeszcze się nie przeciągnął.
Co zabrać
- Odblaski. Hania ma kurtkę z paskami odblaskowymi i opaskę na rękę. Przy przejściach w centrum po zmroku to nie przesada.
- Ciepła czapka i rękawiczki. W listopadzie wieczorem na Rynku potrafi wiać, a od ratusza ciągnie zimnem jak od rzeki.
- Latarka albo telefon z latarką. Do krasnali.
- Drobne na kwiat. Kosztuje niewiele, a cały wieczór kręci się wokół niego.
- Nic do jedzenia. Celowo. Kolacja jest w domu, a lody na Rynku zimą odpadają, co Hania przyjmuje ze stoickim spokojem.
Co dopisałem do arkusza
W kolumnie „uwagi” przy listopadowych datach pojawiło się nowe słowo: „Solny”. Oznacza dzień, w którym byliśmy na spacerze. Na razie są trzy takie dni w ciągu tygodnia od zmiany czasu. Kasia twierdzi, że w grudniu, przy jarmarku, będzie to trudniejsze, bo na Rynku zrobi się tłoczno. Pewnie ma rację. Wtedy zostanie nam Plac Solny, który w grudniu jest równie jasny, ale spokojniejszy.
Latem pisałem o najkrótszych nocach na Ostrowie Tumskim, kiedy słońce zachodziło po dwudziestej pierwszej, a na latarnika z Hanią czekaliśmy dłużej, niż pozwalała jej pora spania. Teraz jest odwrotnie: wszystko zapala się wcześnie i trzylatka zdąży zobaczyć miasto w światłach, zanim pójdzie spać. Może to jedyna dobra strona zmiany czasu. Ale całkiem spora.