Od razu do tekstu
Wszystkie wpisy
Menu
Para małych dziecięcych bucików

Z dzieckiem 5 min czytania

Po trzech tygodniach adaptacji Hania mówi „pa, mamo”

Pierwszy tydzień był łatwiejszy, niż się bałam. Drugi dużo trudniejszy, niż się spodziewałam. Trzeci wreszcie pokazał, że jest dobrze. Piszę na gorąco, co pomogło Hani i nam, a co okazało się niepotrzebne.

Pisze Kasia

Obiecałam na początku września, że napiszę, jak poszła adaptacja. Minęły trzy tygodnie. Siedzę przy biurku z herbatą, Hania śpi, Paweł przegląda swój arkusz z czasami porannych wyjść, który w tym miesiącu zyskał kolumnę „płacz przy drzwiach: tak/nie”. Wiem, że to brzmi okropnie. Ale ta kolumna pomogła nam zobaczyć coś, czego na co dzień nie widzieliśmy.

Piszę jako mama, nie jako specjalistka. Uczę angielskiego starsze dzieci i wiem sporo o tym, jak wygląda pierwszy dzień w nowej szkole, ale trzylatek to zupełnie inna historia. Wszystko, co tu piszę, to nasze doświadczenia z jednym, konkretnym dzieckiem. Wasze może zareagować inaczej.

Tydzień pierwszy: miesiąc miodowy

Pierwszego września w szatni płakały dwie osoby, o czym wspominałam w tekście o wrześniu na osiedlu. Jedną byłam ja. Drugą mama chłopca z szafki obok, z którą od tamtej pory się przyjaźnimy. Hania pomachała nam z sali i poszła do stolika z klockami.

Pierwszy tydzień był skrócony. Hania zostawała najpierw na dwie godziny, potem na trzy, pod koniec tygodnia do obiadu. Każdego dnia odbierałam ją zadowoloną, opowiadającą o nowych zabawkach i o tym, że pani ma „fajne okulary”. Myślałam: to będzie łatwe.

W kolumnie Pawła przez pięć dni było „nie”.

Tydzień drugi: kryzys

W poniedziałek drugiego tygodnia Hania rozpłakała się w szatni. Nie chciała zdjąć kurtki, trzymała mnie za szyję i powtarzała „nie idę”. Nauczycielka wzięła ją na ręce, ja wyszłam, a potem stałam pięć minut za rogiem, słuchając, czy płacz ucichnie. Ucichł po trzech minutach. Ja się uspokoiłam po trzech godzinach.

Tak było przez cały tydzień. Rano płacz, po południu radość, wieczorem pytanie „czy jutro też przedszkole?”. Paweł, który rano zawoził Hanię, wracał do domu z twarzą, jakby właśnie zawalił ważny projekt.

Na rozmowie z nauczycielką dowiedziałam się, że to typowe. Pierwszy tydzień dziecko traktuje jak przygodę. W drugim orientuje się, że to nie jest jednorazowa wycieczka, tylko nowa codzienność. I wtedy protestuje. Nauczycielka powiedziała, że widzi to co roku u większości dzieci, a my odetchnęliśmy, bo myśleliśmy, że robimy coś źle.

Tydzień trzeci: wracamy na prostą

W trzecim tygodniu płacz przy drzwiach pojawił się dwa razy na pięć dni. Za każdym razem krótszy. W piątek Hania sama zdjęła buty, powiesiła kurtkę na haczyku ze swoim znaczkiem i powiedziała „pa, mamo”. Bez przytulania. Byłam dumna i trochę urażona jednocześnie.

Rodzic i dziecko idą za rękę jesienią, widok od tyłu
Rodzic i dziecko idą za rękę jesienią, widok od tyłu

Co zadziałało

Oto lista rzeczy, które według nas naprawdę pomogły. Kolejność przypadkowa.

Krótkie pożegnanie, zawsze takie samo. Przytulenie, buziak, „przyjdę po obiedzie”, i wyjście. Bez przeciągania, bez wracania, bez „jeszcze jednego buziaka”. Im dłużej stałam w drzwiach, tym trudniej było Hani. Kiedy skróciłam pożegnanie do minuty, płacz trwał krócej.

Konkretna pora odbioru. Trzylatka nie zna się na zegarku, ale zna rytm dnia. Mówiłam „przyjdę po obiedzie” albo „przyjdę po leżakowaniu”, a nie „przyjdę o piętnastej”. I zawsze przychodziłam dokładnie wtedy, kiedy obiecałam. To buduje zaufanie szybciej niż cokolwiek innego.

Przytulanka z domu. Hania zabrała małego pluszowego pieska, którego nazwała po psie z gospodarstwa w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie byliśmy w sierpniu. Piesek siedział w szafce i był dostępny „w razie czego”. Nauczycielka mówiła, że Hania odwiedzała go kilka razy dziennie w pierwszym tygodniu, a w trzecim już prawie wcale.

Rozmowa o przedszkolu w domu, ale bez presji. Nie pytałam „jak było?”, bo na to pytanie trzylatka odpowiada „dobrze” albo milczy. Pytałam konkretnie: „z czym się dziś bawiłaś?”, „co było na obiad?”, „kto siedział obok ciebie?”. Odpowiedzi były dużo ciekawsze.

Książeczki o przedszkolu. Przed wrześniem czytaliśmy kilka książeczek o dzieciach, które idą do przedszkola. Hania znała więc „scenariusz” i wiedziała, czego się spodziewać.

Spokojne popołudnia. W pierwszych tygodniach nie planowaliśmy nic po przedszkolu. Żadnych zajęć, wizyt, zakupów. Park, obiad, kąpiel, sen. Dziecko po dniu w przedszkolu jest zmęczone bardziej, niż się wydaje, nawet jeśli wygląda na pełne energii.

Wcześniejsze chodzenie spać. O pół godziny wcześniej niż w wakacje. Wyspane dziecko płacze rzadziej, to prosta arytmetyka, jak mówi Paweł.

Co było niepotrzebne

Zdjęcie rodziny w szafce. Wiele poradników to poleca. Hania go nawet nie zauważyła.

Nagroda za dzień bez płaczu. Próbowaliśmy przez dwa dni i przestaliśmy. Hania zaczęła pytać o nagrodę, a nie o przedszkole. Nie tędy droga.

Zostawanie w sali. Pierwszego dnia zostałam z Hanią przez pół godziny w sali. Wydawało mi się, że to pomoże. W praktyce Hania trzymała się mnie i nie bawiła się z dziećmi. Następnego dnia pożegnałam się w szatni i od razu było lepiej.

Rady, których bym posłuchała rok temu

Nie oceniaj po pierwszym tygodniu. Ani w dobrą, ani w złą stronę. Prawdziwy obraz widać po trzech, czterech tygodniach.

Rozmawiaj z nauczycielką. Krótko, przy odbiorze, i raz dłużej po dwóch tygodniach. Ona widzi dziecko w sytuacjach, których rodzic nie widzi nigdy.

Nie ukrywaj własnych emocji przed sobą, ale ukrywaj je przed dzieckiem w szatni. Popłacz za rogiem, jeśli trzeba. Ja popłakałam.

Daj sobie czas. Wy też się adaptujecie. Nowy rytm, poranki, odbiory, nowe twarze w szatni. Rodzicom też należy się miesiąc.

Co dalej

Hania od poniedziałku zostaje na pełen dzień. W kolumnie Pawła w tym tygodniu jest same „nie”. Wczoraj przy kolacji zapytała, czy w sobotę też może iść do przedszkola, bo „tam jest Lenka”. Lenka to jej nowa przyjaciółka z grupy.

Wiem, że przyjdą jeszcze gorsze dni. Choroby, powroty po feriach, dni, kiedy coś pójdzie nie tak. Ale pierwsze trzy tygodnie są za nami. W lipcu, kiedy pisałam o wakacjach z przedszkolakiem w mieście, wydawało mi się, że to jest wyzwanie. Nie wiedziałam jeszcze, co to znaczy stać za rogiem przedszkola i nasłuchiwać. Teraz wiem. I wiem też, że to mija.

Pisze Kasia

Kasia uczy angielskiego w szkole podstawowej i patrzy na miasto przez ludzi: kto siedzi na ławce, kto zna dzieci po imieniu, gdzie da się zjeść kolację bez rezerwacji. Pisze o wieczorach, osiedlu i dniach z Hanią.

Więcej o Kasi

Więcej z kategorii Z dzieckiem

Cała kategoria