Tydzień wakacji z przedszkolakiem bez wyjeżdżania z miasta
Jako nauczycielka mam wakacje. Klubik Hani ma przerwę. Paweł pracuje. Czyli przez kilka tygodni jesteśmy we dwie, w mieście, i każdy dzień trzeba czymś wypełnić. Oto nasz tydzień, który sprawdził się najlepiej.
Pisze Kasia
Nauczyciele mają długie wakacje. Wszyscy to wiedzą i wszyscy to lubią nam wypominać. Mało kto wie, że pierwsze dwa tygodnie wakacji spędzam zwykle na odsypianiu czerwca, a potem zaczyna się drugi etat: pełnoetatowa mama trzylatki w mieście, w którym znajomi z dziećmi wyjechali nad morze.
Klubik Hani ma w sierpniu przerwę, a we wrześniu zaczyna się przedszkole. Paweł ma urlop dopiero w sierpniu. Dziadkowie z Opola biorą Hanię na kilka dni, ale nie na cały miesiąc. Więc przez większość lata jesteśmy we dwie. W pierwszym roku improwizowałam i pod koniec tygodnia obie byłyśmy zmęczone i znudzone. W tym roku mam plan.
Zasada tygodnia
Mój plan opiera się na prostym pomyśle: każdy dzień ma jeden motyw. Nie godzinę po godzinie, bo z trzylatką to i tak nie działa, tylko temat, wokół którego kręci się dzień. Rano wyjście, w środku dnia drzemka i dom, popołudnie spokojne.
I druga zasada: w upał wychodzimy rano, wracamy przed najgorszym słońcem. O tym pisałam więcej w tekście o placach zabaw z cieniem.
Poniedziałek: dzień książek
Zaczynamy tydzień spokojnie, od biblioteki. Wrocławska Miejska Biblioteka Publiczna ma filie w wielu dzielnicach, także na Krzykach, i większość z nich ma kąciki dla dzieci. Latem niektóre organizują zajęcia dla najmłodszych, głośne czytanie albo proste warsztaty. Warto zapytać w najbliższej filii albo sprawdzić ich program.
Hania wybiera trzy książki, ja jedną dla siebie. Potem idziemy do parku i czytamy na kocu. Po obiedzie drzemka, po drzemce znowu czytanie. Prosty dzień, ale Hania czeka na „dzień książek” cały weekend.
Wtorek: dzień wody
Wtorek jest mokry. W zależności od pogody idziemy do parku, gdzie jest woda do patrzenia i karmienia kaczek, albo szukamy miejsc, gdzie miasto latem ustawia kurtyny wodne. Na naszym osiedlu mamy też stary, niezawodny sposób: basen dmuchany na balkonie. Mieści się w nim trzylatka i dwa plastikowe kaczory.
W chłodniejszy wtorek jedziemy do Hydropolis, centrum wiedzy o wodzie, o którym pisał Paweł w tekście o majówce w mieście. Część ekspozycji jest dla starszych dzieci, ale Hania i tak spędza tam godzinę, bawiąc się wodą i oglądając ciemne sale z podświetlonymi ekspozycjami.
Środa: dzień tramwaju
To mój ulubiony dzień, bo prawie nic nie kosztuje. Hania uwielbia tramwaje. Więc w środę po prostu jeździmy. Wybieramy linię, która jedzie przez centrum i dalej, siadamy przy oknie i jedziemy do końca. Na pętli wysiadamy, szukamy placu zabaw albo ławki, jemy drugie śniadanie i wracamy inną linią.
Hania nauczyła się w ten sposób nazw kilku dzielnic i przystanków. Ja nauczyłam się, że Wrocław jest dużo większy, niż się wydaje z Krzyków. Raz dojechałyśmy na pętlę, gdzie za przystankiem zaczynały się pola. Hania uznała, że to „wieś” i chciała zobaczyć krowy. Krów nie było, ale był koń za płotem, co się liczy.
Trzylatki jeżdżą komunikacją miejską bez biletu, więc koszt takiego dnia to mój bilet i kanapki.

Czwartek: dzień ogrodu
W czwartek jedziemy do Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Latem jest tam zielono, cicho i pełno rzeczy do oglądania: stawy z żabami, kaczki, liście jak parasole, kwiaty w każdym kolorze. Ogród jest biletowany, ale dla przedszkolaka to jedno z najlepszych miejsc w mieście, bo wszystko jest blisko, a alejki są krótkie.
Hania ma tam swój rytuał. Najpierw staw, potem „dżungla” w szklarni, potem ławka pod wielkim drzewem, na której jemy jabłko. Wiem, że to nudne dla dorosłego czytelnika, ale dla trzylatki powtarzalność to bezpieczeństwo. Przychodzimy tu co tydzień i co tydzień jest tak samo dobrze.
Czasem zamiast Botanicznego jedziemy do Ogrodu Japońskiego w Parku Szczytnickim, a potem na trawę w samym parku. Wtedy dzień zamienia się w piknik.
Piątek: dzień bez planu
Piątek jest wolny od planów. To dzień, w którym Hania decyduje. Czasem chce iść do Parku Południowego i jeździć na rowerku. Czasem chce zostać w domu i budować z klocków. Czasem chce „gotować”, czyli ze mną robić naleśniki.
Nauczyłam się, że jeden dzień bez planu w tygodniu to nie lenistwo, tylko higiena. Dziecko, które przez cztery dni chodzi, ogląda i poznaje, potrzebuje dnia, w którym po prostu jest. I ja też. W piątek wieczorem Paweł wraca z pracy i przejmuje dowodzenie, a ja idę na samotny spacer, który jest moim własnym urlopem.
A weekend?
Weekendy należą do całej trójki. Wtedy robimy większe wyjazdy, o których pisze Paweł: nad jezioro, w góry, do zamku. W tygodniu zostajemy blisko domu, w weekend wyjeżdżamy dalej. Taki rytm sprawdza się u nas najlepiej.
Co mam zawsze w torbie
Letnia torba przedszkolaka to temat na osobny tekst, ale w skrócie:
- Woda i przekąski. Zawsze więcej, niż się wydaje potrzebne.
- Krem z filtrem i kapelusz.
- Zapasowe ubranie. Po wodzie, po lodach, po kałuży.
- Mała książeczka. Na tramwaj, na kolejkę, na nudę.
- Chusteczki nawilżane. Oczywiście.
- Plaster. Bo kolana.
Co bym powiedziała sobie sprzed roku
Nie planuj za dużo. Jedno wyjście dziennie wystarczy. Dwa to już za dużo dla trzylatki, a trzy to przepis na wieczorną katastrofę.
Nie porównuj się z mamami z Instagrama. Ich dzieci też płaczą, tylko tego nie widać na zdjęciach.
Nie traktuj wakacji w mieście jak porażki. Wrocław latem ma mnóstwo do zaoferowania, a trzylatce do szczęścia wystarczy tramwaj, staw z kaczkami i mama, która ma dla niej czas.
Za kilka dni Paweł bierze urlop i jedziemy w Kotlinę Kłodzką. Hania już pakuje plecak. Na razie włożyła do niego trzy książki z biblioteki i plastikowego kaczora.