Od razu do tekstu
Wszystkie wpisy
Menu
Ekran kina plenerowego i leżaki pod girlandą lampek

Wydarzenia 5 min czytania

Kino na dachu nad Odrą, na którym Hania przespała pół bajki

Wtorkowy seans na dachu Concordia Design na Wyspie Słodowej, trzylatka w kocu i wiatr znad Odry, którego nie wpisałem do żadnej tabeli. Relacja z jednego wieczoru, który wyszedł inaczej, niż planowaliśmy.

Pisze Paweł

Pierwszy raz na kino plenerowe we Wrocławiu poszliśmy w naszym drugim lipcu w tym mieście. Seans w parku, film „o zmroku”, przyszliśmy o dwudziestej w krótkich rękawach, bo w dzień było trzydzieści stopni. Godzinę czekaliśmy, aż zrobi się ciemno, a potem przez dwie godziny trzęśliśmy się z zimna na cienkim kocu. Kasia do dziś mówi o tym „nasz lipcowy biwak na Syberii”.

W tym roku chcieliśmy spróbować jeszcze raz, tym razem z Hanią. I prawie wszystko poszło inaczej, niż zakładałem.

Dlaczego akurat dach

Wybór padł na kino na dachu Concordia Design na Wyspie Słodowej, w ramach letniego programu Wdech/Wydech. Kolega z pracy był tam rok temu i powiedział dwie rzeczy, które mnie przekonały: że siedzi się na leżakach, a nie na ziemi, i że wstęp jest wolny. Sprawdziłem na miejskim portalu. Seanse są bezpłatne, bez biletów i zapisów, kto pierwszy, ten ma leżak. Sezon w tym roku trwa od końca czerwca do początku września, filmy są we wtorki wieczorem.

Dla nas liczył się jeszcze jeden argument. Z trzylatką nie chcę siedzieć dwie godziny na trawie w parku, gdzie po zmroku każdy korzeń zamienia się w pułapkę. Na dachu jest równo, jest barierka i są leżaki. Tak, to lista życzeń ojca z arkuszem.

Trafiliśmy na wtorek, kiedy grali film animowany. Uznaliśmy, że to znak.

Plan kontra rzeczywistość

Plan był taki: Hania śpi w dzień dłużej niż zwykle, jemy wcześniej kolację, wyjeżdżamy z Krzyków tramwajem koło dwudziestej, na miejscu jesteśmy przed wpół do dziewiątej. Seans o dwudziestej pierwszej, film około półtorej godziny, powrót do domu przed jedenastą. Rozpisałem to, bo tak mam.

Rzeczywistość zaczęła się od drzemki. Hania uznała, że w dzień spać nie będzie, bo „idziemy do kina”. Kolacja poszła według planu, wyjście spóźniło się o kwadrans, bo trzeba było zabrać pluszowego psa, a potem jeszcze raz wrócić po drugi kocyk, „dla psa”. Na dachu byliśmy dziesięć po wpół do dziewiątej. Połowa leżaków była już zajęta, ale znaleźliśmy trzy obok siebie, trochę z boku, za to z dala od przejścia do baru.

To pierwsza rzecz, którą bym powtórzył: przyjść wcześniej, niż się wydaje rozsądne. Wtorek w środku lipca, a ludzie siedzieli tam już z drinkami, jakby od popołudnia.

Wiatr, którego nie przewidziałem

Po tamtym pierwszym razie w parku byłem pewien, że jestem przygotowany. Wziąłem dwie bluzy, koc i termos z herbatą. Nie wziąłem pod uwagę, że dach to nie park. Na dole, na wyspie, powietrze stało i było ciepło. Na dachu ciągnęło znad Odry tak, że po zachodzie słońca Kasia założyła moją bluzę na swoją, a ja siedziałem w samej koszulce i udawałem, że mi nie zimno.

Hania, zawinięta w koc razem z psem, była jedyną osobą w rodzinie, która nie marzła. Drugi raz w lipcu zmarzliśmy w kinie plenerowym, i drugi raz z tego samego powodu: bo w dzień był upał, a my uwierzyliśmy, że wieczór będzie taki sam. Następnym razem biorę kurtkę. Wiem, jak to wygląda w lipcu w tramwaju. Trudno.

Widzowie na kocach przed ekranem kina plenerowego
Widzowie na kocach przed ekranem kina plenerowego

Plecak ważył tego wieczoru więcej niż ten, z którym chodzimy nad Odrę w kwietniu, a i tak czegoś w nim brakowało. Czołówka się przydała, ale nie do filmu, tylko do szukania smoczka od bidonu pod leżakiem.

Pół bajki

Zanim zgasło światło, Hania była zachwycona wszystkim. Że jest wysoko. Że widać wieże kościołów. Że przez barierkę widać ludzi na trawniku na dole, „jak mróweczki”. Kasia popatrzyła wtedy na ten trawnik i powiedziała, że kiedyś musimy tam zejść wieczorem, bez leżaków i bez plecaka. Zapamiętałem.

Film zaczął się kilka minut po dziewiątej, kiedy zrobiło się na tyle ciemno, żeby obraz był wyraźny. Hania pierwsze dwadzieścia minut oglądała, siedząc prosto, z buzią otwartą. Potem zapytała, czy bohaterowie też idą spać. Potem oparła się o Kasię. W połowie bajki spała. Bez marudzenia, bez protestów, jakby ktoś przełączył ją na inny kanał.

Siedzieliśmy dalej, bo przecież nie po to jechaliśmy przez pół miasta. Kasia trzymała śpiące dziecko, ja trzymałem termos, a film leciał dla nas dwojga. Szczerze? Był przeciętny. Fabuła przewidywalna, piosenki za długie. Ale nad ekranem przelatywały jaskółki, potem nietoperze, za plecami świeciły się okna na Starym Mieście, a kilkadziesiąt osób śmiało się w tych samych momentach. W domu na kanapie wyłączyłbym ten film po kwadransie. Na dachu obejrzałem do końca.

Powrót z trzylatką na rękach

Tu mój plan się sprawdził, choć z innego powodu. Seans skończył się o wpół do jedenastej. Hania spała, więc nie było negocjacji ani płaczu. Wziąłem ją na ręce, Kasia plecak i koce, i poszliśmy na przystanek. Wózka nie braliśmy, bo wydawało mi się, że na dachu będzie tylko przeszkadzał, i to był błąd. Dwadzieścia minut z trzylatką śpiącą na ramieniu, plus tramwaj, plus dwieście metrów od przystanku do bloku. Następnym razem wózek, nawet jeśli trzeba będzie go gdzieś zostawić na dole.

Jedna rzecz zadziałała idealnie i to był pomysł Kasi: Hania pojechała do kina w piżamie pod ubraniem. W domu zdjęliśmy jej bluzę i spodnie, i przełożyliśmy ją do łóżka bez budzenia. Tego nie było w moim arkuszu, a powinno.

A gdyby padało

Przed wyjściem sprawdzałem dwie rzeczy: prognozę godzinową i profil organizatora, bo przy deszczu seanse się odwołuje. Tego wieczoru było sucho, ale Kasia i tak miała plan B. Gdyby film odwołano, a Hania już była u babci albo z sąsiadką, poszlibyśmy na kolację przy barze, dokładnie tak, jak opisywała w tekście o kolacji bez rezerwacji. Z dzieckiem planem B byłby po prostu spacer po wyspie i lody. Wolny wieczór nie przepada tylko dlatego, że pogoda nie dopisała.

Czy weźmiemy Hanię jeszcze raz? Na seans o dziewiątej wieczorem raczej tylko wtedy, gdy znów będzie animacja. Trzylatka po całym dniu i tak nie wytrzyma pełnego filmu, a my nie musimy udawać, że o to chodzi. Chodzi o to, że siedzieliśmy we trójkę na dachu nad Odrą w środku lipca i patrzyliśmy, jak zapalają się światła w mieście.

Co zapisałem na przyszły raz

W arkuszu przybyły trzy wiersze. Kurtka, nie bluza, bo na dachu wieje zawsze. Wózek, nawet jeśli wydaje się niepotrzebny. Piżama pod ubraniem, jeśli jedzie Hania. Resztę da się ogarnąć na miejscu, łącznie z popcornem, który Kasia kupiła w barze, a który zjadł głównie pies. To znaczy ja.

Kiedy wracaliśmy tramwajem przez pustą Powstańców, Kasia oparła głowę o szybę i powiedziała: „Film przeciętny, wieczór świetny”. Nie umiem tego lepiej podsumować. Dla porządku dopisałem to zdanie do arkusza, w kolumnie „uwagi”.

Pisze Paweł

Paweł jest inżynierem w firmie z branży automotive i wszystko ma w arkuszu: czasy dojazdu, godziny zachodów słońca, koszt parkingu. Pisze o wypadach na jeden dzień, wieczorach nad Odrą i o tym, jak ogarnąć miasto bez stania w korku.

Więcej o Pawle

Więcej z kategorii Wydarzenia

Cała kategoria