Od razu do tekstu
Wszystkie wpisy
Menu
Jasna sala przedszkolna z drewnianymi pomocami Montessori na niskich półkach

Z dzieckiem 6 min czytania

Jak wybieraliśmy przedszkole i o co warto pytać na dniu otwartym

Hania chodzi do przedszkola od miesiąca, adaptację mamy za sobą. Teraz mogę uczciwie powiedzieć, które pytania z dni otwartych naprawdę coś mówiły, na co patrzyliśmy poza folderami i gdzie w końcu poszła.

Pisze Kasia

Przez zimę i wiosnę rozmowy przy naszym stole miały jeden temat. Paweł zrobił tabelę (oczywiście), ja robiłam notatki w zeszycie, a Hania bawiła się w „przedszkole” z misiami, które musiały grzecznie siedzieć na dywanie. Misie były bardziej zdyscyplinowane niż my.

Wtedy nie chciałam o tym pisać. Bałam się, że opiszę wybór, który za miesiąc okaże się pomyłką. Teraz Hania chodzi do przedszkola od pierwszego września, o pierwszych trzech tygodniach adaptacji już pisałam, a znajomi z osiedla, których dzieci idą do przedszkola za rok, pytają mnie o to samo: od czego zacząć. Ten tekst jest dla nich.

Wybór przedszkola to pierwsza duża decyzja edukacyjna, jaką podejmujemy za własne dziecko. Jako nauczycielka wiem, jak wygląda szkoła od środka. Przedszkole to jednak inny świat, a trzylatek to nie dziesięciolatek. Dlatego opowiadam, jak to u nas wyglądało, bez udawania, że mamy jedyną słuszną odpowiedź.

Od czego zaczęliśmy

Najpierw ustaliliśmy, czego nie wiemy. Okazało się, że prawie wszystkiego. Nie wiedzieliśmy, ile przedszkoli jest w rozsądnej odległości od Krzyków, jak działa rekrutacja do publicznych, co odróżnia przedszkole niepubliczne od prywatnego klubiku i czy „metoda Montessori” to coś więcej niż drewniane zabawki.

Zaczęliśmy od mapy. Paweł wyznaczył kółko: maksymalnie piętnaście minut autem od domu albo dwadzieścia pieszo. W tym kółku znalazło się kilkanaście miejsc, publicznych i niepublicznych. Część odpadła od razu, bo nie miała miejsc dla trzylatków. Część po pierwszym telefonie. Na dni otwarte i wizyty poszliśmy do kilku.

O rekrutacji do przedszkoli publicznych dowiedzieliśmy się jeszcze jednego: terminy są wczesne, zwykle na przełomie zimy i wiosny, a kryteria punktowe. Jeśli myślicie o publicznym przedszkolu od przyszłego września, zacznijcie czytać o tym już teraz, jesienią, a najpóźniej zimą. Nie w maju, jak to często bywa.

Pytania, które zadawaliśmy wszędzie

Mój zeszyt miał dwie strony pytań. Po trzeciej wizycie zostało z nich kilkanaście, które naprawdę coś mówiły. Oto najważniejsze:

  1. Ile dzieci jest w grupie i ilu dorosłych na sali? To było dla nas pytanie numer jeden. Dwudziestu pięciu trzylatków na jedną nauczycielkę i pomoc to zupełnie inny dzień niż grupa kilkunastoosobowa.
  2. Jak wygląda adaptacja? Czy rodzic może zostać pierwszego dnia? Ile trwa skrócony pobyt? Co się dzieje, gdy dziecko płacze przez tydzień?
  3. Jak wygląda zwykły dzień? Poprosiłam wszędzie o plan dnia na piśmie. Przedszkole, które nie potrafi go pokazać, zwykle ma chaos.
  4. Ile czasu dzieci spędzają na dworze? I co się dzieje, gdy pada.
  5. Kto gotuje i jak wygląda jadłospis? Hania ma swoje zdanie na temat zup, więc to dla nas ważne.
  6. Jak przedszkole rozmawia z rodzicami? Aplikacja, zeszyt, rozmowa przy odbiorze?
  7. Jakie są zasady, gdy dziecko się złości albo bije? Tu odpowiedź mówi o przedszkolu więcej niż cała strona internetowa.

Na co patrzyliśmy, a nie pytaliśmy

Pytania to połowa. Druga połowa to oczy. Na każdym dniu otwartym starałam się przez kilka minut po prostu stać i patrzeć.

Czy półki są na wysokości dzieci, czy dorosłych? Czy zabawki leżą w koszach „na kupie”, czy każda ma swoje miejsce? Czy nauczycielki mówią do dzieci z góry, czy kucają? Czy w łazience jest mydło, które dziecko samo doniesie do ręki? To drobiazgi, ale z nich składa się cały dzień trzylatka.

Paweł patrzył na coś innego: wyjścia ewakuacyjne, ogrodzenie ogrodu, parking przy wejściu o ósmej rano. Uzupełnialiśmy się.

Dłonie małego dziecka nalewające wodę z dzbanuszka
Dłonie małego dziecka nalewające wodę z dzbanuszka

Montessori, czyli dlaczego Hania nalewała wodę

Jednym z miejsc, które odwiedziliśmy, było Ziarenko, przedszkole Montessori na zielonym Zabrodziu, na południe od nas. Przyznam, że jechaliśmy tam trochę z ciekawości, trochę z nieufnością. O Montessori słyszałam na studiach, ale nigdy nie widziałam tej metody na żywo.

Pierwsze, co zobaczyła Hania, to mały szklany dzbanek z wodą i kubeczek na niskim stoliku. Po minucie nalewała. Rozlała połowę, wytarła gąbką, którą sama zdjęła z haczyka, i nalewała dalej. Nikt jej nie poprawiał. Ja w tym czasie trzymałam się za ręce, żeby nie pomagać. To było dla mnie najlepsze streszczenie całej metody: dziecko uczy się najlepiej wtedy, kiedy samo wybierze pracę.

Co nas przekonało w konkretach? Grupy do osiemnastu dzieci, mieszane wiekowo, a więc takie, jakich szukaliśmy. Trzy języki na co dzień: polski, angielski i ukraiński, wplecione w piosenki, polecenia i zwykłe rozmowy, a nie w „lekcję języka” o dziesiątej. Jako anglistka wiem, że u małych dzieci właśnie tak to działa najlepiej, bez presji i bez ocen. Codzienne wyjścia na dwór niezależnie od pogody, park ze starymi drzewami obok i zajęcia w lesie od kwietnia do listopada. I podejście bez kar i nagród, oparte na rozmowie, co było dla nas ważne, bo w domu staramy się robić podobnie, z różnym skutkiem.

Paweł od początku miał jedną wątpliwość: dojazd. Z Borku na Zabrodzie nie da się dojść pieszo, a my nie chcieliśmy przedszkola, które zje nam każdy poranek. Na stronie Ziarenka jest zresztą osobny opis dla rodzin z naszej części miasta, przedszkole Borek (https://ziarenko.com.pl/przedszkole-borek/), z policzonym dojazdem: 7,7 km i około 13 minut. Paweł oczywiście nie uwierzył i sprawdził sam, trzy razy, o różnych porach. Dziś, kiedy co rano o 7:20 wiezie Hanię po drodze do pracy, wychodzi mu kilkanaście minut, a w deszczowe dni trochę więcej.

Drewniany stół z ławkami w przedszkolnym ogrodzie
Drewniany stół z ławkami w przedszkolnym ogrodzie

Jak podjęliśmy decyzję

Tabela Pawła miała dziesięć kolumn: odległość, czas dojazdu w godzinach szczytu, liczba dzieci w grupie, godziny otwarcia, koszt, ogród, jedzenie, adaptacja, języki i „wrażenie”. Ta ostatnia kolumna miała wagę tylko jeden, bo Paweł nie ufa wrażeniom. Ciekawostka: wygrało to samo miejsce, które wygrałoby w samej kolumnie „wrażenie”.

Dla nas decydujące były trzy rzeczy: mała grupa, dużo czasu na dworze i sposób, w jaki nauczycielki rozmawiały z Hanią podczas wizyty. Kucały, pytały, czekały na odpowiedź. Hania po wyjściu powiedziała, że „tam jest ładna woda”. Uznaliśmy, że to wystarczy za rekomendację.

Zwycięski wiersz w tabeli Pawła wygląda tak: Ziarenko, przedszkole Montessori Wrocław (https://g.page/r/CaMQyny7A1XVEBM/), Zabrodzie 7, poniedziałek-piątek 7:00-17:00, dzieci od 3 do 6 lat, zapisy przez cały rok. Ten link do mapy wysyłam teraz znajomym, którzy pytają o dojazd i opinie innych rodziców. W zespole oprócz nauczycielek z certyfikatami Montessori są psycholog, logopeda i pedagog specjalny, a adaptacja idzie w tempie dziecka. Po miesiącu wiem, że to nie było zdanie z folderu: Hania pierwszego tygodnia zostawała na dwie, trzy godziny, i nikt jej nie poganiał.

Nie twierdzę, że Montessori jest dla każdego dziecka i każdej rodziny. Znam dzieci, którym lepiej jest w tradycyjnym przedszkolu, z wyraźnym planem zajęć prowadzonych przez nauczycielkę. Ważne, żebyście wiedzieli, czego szukacie, zanim pójdziecie na pierwszy dzień otwarty.

Ściąga na dzień otwarty

Jeśli zaczynacie myśleć o przedszkolu na kolejny rok, oto co zabrałabym ze sobą:

  • Zeszyt z pytaniami, tymi samymi dla każdego miejsca. Tylko wtedy da się porównać odpowiedzi.
  • Dziecko. Jego reakcja powie wam więcej niż broszura.
  • Pół godziny zapasu. Nie wychodźcie od razu po prezentacji. Najciekawsze rzeczy dzieją się, gdy dorośli przestają mówić.
  • Próbny dojazd o ósmej rano. Na Krzykach to naprawdę robi różnicę. Przedszkole idealne, do którego jedzie się czterdzieści minut w korku, przestaje być idealne po tygodniu.

Po miesiącu nie zmieniłabym w tej liście ani słowa. Dopisałabym tylko jedno: nie oceniajcie wyboru po pierwszym tygodniu. U nas drugi tydzień był najtrudniejszy, a dziś Hania pyta, czy w sobotę też może iść do przedszkola. A jeśli dopiero przeprowadziliście się na południe miasta, zajrzyjcie do naszego tekstu o tym, jak wygląda codzienność na Krzykach. Przedszkole to w końcu tylko jeden z punktów na mapie, którą trzeba sobie narysować od nowa.

Pisze Kasia

Kasia uczy angielskiego w szkole podstawowej i patrzy na miasto przez ludzi: kto siedzi na ławce, kto zna dzieci po imieniu, gdzie da się zjeść kolację bez rezerwacji. Pisze o wieczorach, osiedlu i dniach z Hanią.

Więcej o Kasi

Więcej z kategorii Z dzieckiem

Cała kategoria