Arboretum w Wojsławicach w październiku, pierwszy raz jesienią
Do Wojsławic jeździmy na rododendrony, w czerwcu, jak wszyscy. W zeszłą sobotę pojechaliśmy pierwszy raz w październiku, z kurtkami, termosem i trzylatką, która chciała zebrać każdy czerwony liść. Sezon w arboretum kończy się 25 października, więc zostały jeszcze dwa weekendy.
Pisze Kasia
Pierwszy raz byliśmy w Wojsławicach, kiedy Hania miała półtora roku i większość ogrodu oglądała z nosidła na plecach Pawła. Był czerwiec, rododendrony kwitły tak, że trudno było patrzeć na cokolwiek innego, i wyjechaliśmy z poczuciem, że to miejsce na jedną porę roku. W czerwcu tego roku znowu tam pojechaliśmy, o czym wspominałam przy okazji Bożego Ciała w mieście. Znowu rododendrony, znowu tłum przy najładniejszych krzewach.
Na październik namówiła mnie koleżanka ze szkoły, która jeździ tam co jesień. Powiedziała tylko: „Klony. Zobaczysz”. W zeszłą sobotę zobaczyłam.
Kiedy jechać
Arboretum w Wojsławicach należy do Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Wrocławskiego i działa sezonowo. W 2026 roku jest otwarte od 11 kwietnia do 25 października, potem zamyka się na zimę. Zostały więc dwa weekendy. W sobotę 17 października arboretum zapowiada „Kwiaty jesieni”, z warsztatami między innymi z robienia woreczków z lawendą. Nie byliśmy, ale jeśli macie dziecko, które lubi coś robić rękami, to może być dobry termin.
Godziny kas i ceny biletów sprawdzajcie na stronie arboretum przed wyjazdem. My kupiliśmy bilety online w piątek wieczorem, żeby w sobotę nie stać w kolejce z marudzącą trzylatką. Parking przy wejściu jest bezpłatny.
Jedna rzecz, o której trzeba wiedzieć przed wyjazdem: do arboretum nie wolno wprowadzać psów. Widzieliśmy na parkingu parę, która przyjechała z labradorem i właśnie się o tym dowiedziała.
Dojazd spod Borku
Z Krzyków jedzie się na południe przez Kobierzyce i Łagiewniki w stronę Niemczy, w sumie trochę ponad pięćdziesiąt kilometrów. Nam zajęło to nieco ponad godzinę, bo kawałek za Kobierzycami jechaliśmy za ciągnikiem z przyczepą buraków. Paweł oczywiście zapisał w arkuszu godzinę wyjazdu i przyjazdu i stwierdził, że w październiku jedzie się tam tak samo jak w czerwcu, tylko ładniej, bo przy drodze żółkną brzozy.
Wyjechaliśmy o dziewiątej, po śniadaniu. Hania zasnęła w aucie za Kobierzycami i obudziła się na parkingu, co było idealnym scenariuszem, bo do ogrodu weszła wyspana.
Trasa na nogi trzylatki
Arboretum jest duże, a alejki łagodne, ale to nie znaczy, że trzylatka przejdzie wszystko. W czerwcu robiliśmy błąd: chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej i pod koniec Paweł niósł Hanię na barana przez ostatni kilometr. Tym razem umówiliśmy się, że idziemy wolno i zawracamy, kiedy Hania zacznie pytać o kanapkę po raz trzeci.
Zaczęliśmy od klonów. Nie znam się na odmianach i nie będę udawać, ale nawet ja widziałam, że jest ich tu mnóstwo, od niskich krzewiastych z liśćmi jak koronka po duże drzewa. W październiku część jest jeszcze zielona, część pomarańczowa, a niektóre tak czerwone, że Hania stanęła przed jednym i powiedziała: „On się pali”. Przez następne pół godziny każde drzewo dzieliła na „palące się” i „jeszcze nie”.

Potem były miłorzęby. Ich liście jesienią robią się złote, jak wycięte z papieru, i spadają prawie wszystkie naraz. Pod jednym drzewem leżał cały żółty dywan i tam spędziliśmy najwięcej czasu, bo Hania zbierała liście do „bukietu dla babci”. Zbierałyśmy tylko te, które już leżały na ziemi, i tylko kilka, bo w ogrodzie botanicznym niczego się nie zrywa. Wytłumaczyłam jej to tak, że drzewa są tu „w gościach u pani profesor” i trzeba je zostawić w spokoju. Przyjęła to bez dyskusji, co u nas zdarza się rzadko.
Na koniec poszliśmy w stronę wrzosowiska. Jesienią to jedno z najładniejszych miejsc w ogrodzie, fiolety i rdzawe brązy, nisko przy ziemi, tak że dziecko widzi wszystko bez podnoszenia na ręce. Przy stawie usiedliśmy na ławce z termosem. Woda odbijała drzewa z drugiego brzegu i przez chwilę było tak cicho, że słyszeliśmy, jak liście spadają na alejkę.
Całość zajęła nam około trzech godzin, z długą przerwą na jedzenie. Przeszliśmy może połowę ogrodu. Druga połowa poczeka na kolejny raz.
Co zabrać na chłodną sobotę
Rano w Wojsławicach było zimniej niż we Wrocławiu, a w cieniu przy stawie naprawdę ciągnęło od wody. W południe wyszło słońce i wszyscy zdjęliśmy kurtki. Pakowałam się więc tak jak na Ślężę, tylko lżej:
- Ubranie na cebulkę. Dla Hani polar pod kurtkę i czapka, którą zdjęła po godzinie, a założyła z powrotem przy stawie.
- Kalosze albo nieprzemakalne buty. Trawa była mokra od rosy do jedenastej. Trzylatka zawsze znajdzie kałużę.
- Termos z herbatą i kanapki. Na miejscu można coś kupić, ale nie wiedziałam, co będzie czynne pod koniec sezonu, więc wolałam mieć swoje.
- Torba na skarby. Mała płócienna torba na liście i kasztany z parkingu. Bez niej skarby lądują w kieszeniach kurtki i wypadają w aucie.
- Wózek zostawiliśmy w domu. Alejki są w porządku, ale Hania i tak chciała iść sama, a na zmęczenie mieliśmy Pawła.
Paweł dorzucił do plecaka swój stały zestaw: mata do siedzenia, worek na śmieci i czołówka. Czołówka w południe? „Zawsze jest w plecaku, po co ją wyjmować”. Nie wyjęliśmy.
Czerwiec czy październik
Gdybym miała wybrać jedną porę na Wojsławice, długo bym się zastanawiała. W czerwcu jest feeria kolorów i ludzi, w październiku jest spokojniej i bardziej kameralnie. Na parkingu stało może kilkanaście aut, na alejkach mijaliśmy głównie starsze pary z aparatami i dwie rodziny z dziećmi. Nikt się nie spieszył.
Jesienią ogród robi coś, czego nie robi wiosną: zmienia się z tygodnia na tydzień. Koleżanka mówi, że co roku trafia na inny moment, raz wszystko jest już czerwone, raz jeszcze zielone. Dlatego teraz rozumiem, czemu tam wraca.
W drodze powrotnej
Wracaliśmy przez Niemczę, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę na rynku, żeby Hania mogła rozprostować nogi. W domu byliśmy przed trzecią. Bukiet dla babci przetrwał podróż w torbie, choć połowa liści się pokruszyła. Te, które zostały, włożyłam między strony grubego słownika angielskiego, który i tak stoi na półce bez większego pożytku. Za tydzień wyjmiemy je wyprasowane i Hania przyklei je na kartkę dla babci w Opolu.
Przy kolacji zapytała, czy w przyszłą sobotę też pojedziemy do „palących się drzew”. Wyjaśniłam, że za dwa tygodnie ogród idzie spać do wiosny. Uznała, że to rozsądne, bo ona też chodzi spać. W kwietniu jedziemy znowu, ale wtedy już na nogach, bez nosidła i bez Pawła w roli wyciągu.