Którą trasą wejść na Ślężę z przedszkolakiem?
Ślęża jest tak blisko Wrocławia, że można na nią wejść przed obiadem. Z trzylatkiem to jednak inna wyprawa niż we dwoje. Opowiadam, którą drogą szliśmy, co zadziałało, a co wróciło z nami do auta nieużywane.
Pisze Kasia
Pierwszy raz weszliśmy na Ślężę jeszcze bez Hani, kilka tygodni po przeprowadzce. Było to trochę jak odhaczenie obowiązku: mieszkacie we Wrocławiu, to musicie. Ślężę widać przecież z wielu miejsc w mieście, a przy dobrej pogodzie z okna naszego bloku na Krzykach też, jeśli wychylić się trochę za bardzo.
Drugi raz poszliśmy z Hanią w nosidle, gdy miała rok. Trzeci raz, tej wiosny, Hania szła sama. I to był zupełnie inny spacer. Dlatego ten tekst nie jest o tym, jak zdobyć Ślężę, tylko o tym, jak spędzić na niej pół dnia z przedszkolakiem i wrócić do domu z dzieckiem, które chce jeszcze.
Dlaczego Ślęża, a nie Karkonosze
Z Krzyków na Przełęcz Tąpadła jedziemy autem mniej więcej trzy kwadranse. To oznacza, że możemy wyjechać po śniadaniu, wejść, zjeść kanapki na szczycie, zejść i być w domu na drzemkę. Do Karpacza czy Szklarskiej Poręby jedzie się dwa razy dłużej, a z małym dzieckiem każda dodatkowa godzina w foteliku to godzina negocjacji.
Ślęża ma 718 metrów, ale nie trzeba zaczynać od zera. Z przełęczy do szczytu jest kilkaset metrów w pionie, rozłożonych na łagodną leśną drogę. To dokładnie tyle, ile trzylatek jest w stanie przejść sam, z przerwami, zanim poprosi „na ręce”.
Żółty szlak z Przełęczy Tąpadła
Z przełęczy wychodzą dwa szlaki na szczyt i warto wiedzieć, który jest który, zanim dziecko pobiegnie przodem.
Żółty to ten, który wybraliśmy. Szeroka, leśna droga, miejscami kamienista, ale bez łańcuchów, bez ekspozycji i bez skalnych progów. Kiedy Hania była w wózku, spotkaliśmy na nim rodziców z terenowymi wózkami, więc to naprawdę łagodna trasa. Dorosłym wejście zajmuje zwykle około godziny, półtorej. Z nami trwało prawie dwie i pół, i uważam to za świetny wynik.
Niebieski jest bardziej stromy, z dużymi głazami i skalnymi fragmentami. Paweł chodził nim sam i mówił, że jest ciekawszy. Z przedszkolakiem odradzam, chyba że dziecko jest w nosidle, a wy lubicie, gdy kolana bolą was dwa dni.
Są też szlaki z Sobótki, dłuższe, przez las od strony miasteczka. Na razie je sobie odpuszczamy. Wrócimy, kiedy Hania podrośnie.
Jak to wyglądało minuta po minucie
Uczę angielskiego od dziesięciu lat i wiem jedno: dziecko idzie tak długo, jak długo coś się dzieje. Dlatego zamiast „jeszcze kawałek” mieliśmy plan zadań.
Najpierw szukanie znaków. Żółty pasek na drzewie to był „skarb”, a kto pierwszy zobaczy, dostaje rodzynkę. Działało przez pierwsze pół godziny. Potem liczenie kamieni większych od Hani. Potem zbieranie patyków „dla taty”, które Paweł nosił do szczytu w kieszeniach plecaka. Do dziś jeden z nich stoi w kubku na parapecie.
Przerw było pięć. Każda krótka, na łyk wody i coś do jedzenia. Z doświadczenia: lepiej często i mało niż rzadko i długo, bo po długiej przerwie trudniej ruszyć, i to dotyczy także dorosłych.

Co jest na szczycie
Na górze czeka kilka rzeczy, które dla przedszkolaka są lepsze niż widok.
Jest kamienny niedźwiedź, stara rzeźba, przy której wszystkie dzieci robią sobie zdjęcie. Hania chciała na niego wejść i trochę się obraziła, że nie wolno. Jest kościół z połowy XIX wieku, z kamienia, na który warto zajrzeć chociaż na chwilę. Jest schronisko, Dom Turysty, w którym nie ma noclegów, ale jest bufet i ciepła herbata. Godziny zmieniają się sezonowo, więc przed wyjazdem sprawdźcie, czy będzie otwarte.
I jest betonowa wieża widokowa, około dwunastu metrów. Z góry przy dobrej pogodzie widać Wrocław, a w drugą stronę Sudety. Nad wszystkim góruje wysoki maszt nadawczy, który Hania nazwała „wielką anteną dla ptaków”.
Na wieżę wchodziliśmy z Hanią za rękę, bardzo powoli. Nie wszystkie dzieci to lubią, więc nie naciskajcie, jeśli się boi.
Co spakować (i co było niepotrzebne)
Wzięliśmy za dużo. Tak zawsze jest za pierwszym razem. Oto co się przydało:
- Nosidło, nawet dla dziecka, które chodzi. Na zejściu Hania przeszła sama może jedną trzecią drogi, resztę jechała na plecach Pawła.
- Woda i coś słonego. Kanapki, paluszki, pokrojone jabłko. Słodycze w odwodzie, na kryzys.
- Warstwa na szczyt. Na górze wiało i było wyraźnie chłodniej niż na przełęczy, a przy wieży jeszcze bardziej.
- Chusteczki nawilżane i worek na śmieci. Koszy jest mało.
- Plaster i mała apteczka. Nie przydała się, ale bez niej bym się stresowała.
Niepotrzebne okazały się: druga para spodni dla Hani, lornetka i książeczka, którą miałam czytać na szczycie. Na szczycie nikt nie chciał słuchać książeczki, bo był niedźwiedź.
Parking i pora wyjazdu
Na Przełęczy Tąpadła jest parking, ale w słoneczne weekendy zapełnia się szybko, bo Ślęża to jedna z najpopularniejszych gór dla wrocławian. My byliśmy na miejscu przed dziewiątą i stanęliśmy bez problemu. Schodząc koło pierwszej, widzieliśmy auta stojące wzdłuż drogi.
Jeśli macie wybór, jedźcie w dzień powszedni albo wcześnie rano w weekend. Na szlaku też jest wtedy spokojniej, co przy dziecku, które co chwilę staje, ma znaczenie.
Kilka rzeczy, które powiem wprost
Nie liczcie czasu. Z trzylatkiem nie ma „normalnego tempa”. Jeśli przez dwadzieścia minut dziecko ogląda mrówki, to wycieczka się udała, a nie opóźniła.
Nie obiecujcie szczytu. Mówiłam Hani, że idziemy „zobaczyć niedźwiedzia”, a nie „wejść na górę”. Gdybyśmy musieli zawrócić w połowie, nikt nie byłby rozczarowany.
Zejście jest trudniejsze niż wejście. Dziecko jest zmęczone, nogi się plączą, a leśna droga w dół bywa śliska. Nosidło naprawdę się przydaje właśnie wtedy.
Po powrocie Hania zasnęła w aucie, zanim wyjechaliśmy na drogę krajową. Obudziła się pod blokiem i pierwsze, o co zapytała, to kiedy znowu jedziemy do niedźwiedzia. Uznaliśmy to za najlepszą recenzję. Jeśli dopiero poznajecie okolicę, zacznijcie od bliższych miejsc, o których pisałam w tekście o tym, co polubiliśmy na Krzykach, a potem jedźcie na Ślężę. Jest naprawdę za rogiem.